Pierwsze albergue — Zamora, Spain
Wloczylam sie po Salamance. Zakupilam za 1 eur la credencial, czyli paszport pielgrzyma, do ktorego zbiera sie pieczatki i jest on przepustka do noclegow w albergues, czyli schroniskach pielgrzymich. Zajrzalam do Art Neuveau i Art Deco. Zachwycil mnie jego budynek, La Casa Lis (chyba tak sie nazywala) i postanowilam dostac sie do srodka. Kolekcja jednak nie zachwyca - figurki, porcelana, wachlarze itp. A do tego niemieckie lalki! O 14 wsiadlam do autobusu i pojechalam do Zamory. I doczlapalam do pierwszego mojego pielgrzymiego schroniska. Jest duze - na 40, czy nawet 60 osob. Cena - donativo, czyli, co laska, a wiec okolo 5 eur. Mili hospitaleros - gospodarze wolontariusze. Zaprosili na kolacje i kazdego, kto sie zgodzil poprosili o przyniesienie czwegos. Mi przypadly w udziale owoce na salatke. Kolacja miala byc o 20, wiec przed nia wyruszylam zobaczyc miasto. A bylo warto! Zamora to przede wszyskim szlak kosciolow romanskich z charakterystycznymi rzezbami Chrystusa i Maryji ubranymi w szaty. Do tego - modernizm, budynki przystrojone plynnymi liniami i ornamentami roslinnymi. Jest tu tez Muzeum Swietego Tygodnia (Semana Santa), bo tutaj odbywaja sie przed Wielkanoca slynne procesje. Jednak to muzeum juz sobie odpuscilam. Na kolacje przybieglam w ostatnim momencie. Jakies 12 osob z siedmiu panstw, w tym nawet Japonii. Jedzonko smakowite. Luzne rozmowy, a na koniec propozycja hospitalero, by odbyc krotka modlitwe. Jej tradycja pochodzi z Drogi Francuskiej, z Calzada de Domino (przekrecilam nazwe?). Tam jeszcze ludzie podaja sobie swieczke i mowia, co ich przygnalo na camino. Kto chce, to mowi. Ide pomyslec, co jutro robic i klade sie spac. Sniadanie o 7.45. Dobranoc